wtorek, 17 września 2013

szkolny ogródek


Przy Tolkowej szkole jest ogródek. W ramach klubu ogrodniczego dzieci sadzą roślinki, hodują marchewki, rzodkiewki, sałatę, dynie, a w ramach zajęć kulinarnych - wszystko zjadają (ze smakiem!!). Takie rzeczy widziałam wielokrotnie w szkołach i przedszkolach polskich i bardzo mi się to podobało.
Tutaj zobaczyłam coś więcej. Poza grządkami jest (prawie) normalna sala lekcyjna. Są ławki, stoły, tablica. Kiedy dzieci realizują "unit ogrodowy", chodzą codziennie na dwór, wyrywają rośliny, oglądają korzenie, rysują to, co widziały, opisują i zapamiętują.


A w ramach "atrakcji specjalnych" co i raz szkoła zapewnia potężny grill pełen wurstów plus warzywa świeżo zerwane ze szkolnych grządek.
Jest też huśtawka, bo przecież przy nauce trzeba mieć czas na odpoczynek i trawa, żeby pobawić się w berka.
Skąd wiem, jak to wygląda? Bo raz na kilka miesięcy szkoła wywiesza ogłoszenie, że potrzebni są rodzice do pomocy - w skopaniu ogródka, w zgrabieniu, w przygotowaniu do zimy, albo ogarnięciu po lecie. Za każdym razem z radością tam lecę, bo okropnie tęsknię za naszym prywatnym kawałkiem trawy z Polski. I tak było w piątek. Lala z rozkoszą tarzała się w błotku, Tolek trzymał się blisko wurstów (sztuk 12), a ja dorwałam widły i przez dwie godziny kopałam i pieliłam. Uwielbiam takie popołudnia. 

2 komentarze:

  1. 12???!!!! :)

    Gosia, jak przyjedziesz na chwilę do Warszawy to wpadnij na mój ugór :) I błotko dla Lali też się znajdzie :)

    OdpowiedzUsuń

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...