środa, 23 kwietnia 2014

"koreańskie sushi"

W moim domu rodzinnym w Wielki Piątek pościło się. Przeciągnęłam ten zwyczaj na MaToOlkową rodzinę. Póki żyliśmy we trójkę - było łatwo. Ale z nadciągnięciem DemOlki nastały kłopoty. DemOlka nie lubi jeść, je dziwne rzeczy, nie lubi łączyć dwóch smaków na raz - je np. najpierw same kluski, a dopiero godzinę potem samo mięso, nie lubi żadnego pieczywa, brokuły są jednym z Jej ukochanych dań, a kluski z sosem są "brudne" i przez to niejadalne. Kiełbasa jest ostatnią deską ratunku, tj. posiłkuję się tym (przy karmieniu Córki) zawsze, kiedy ręce i nogi już mi opadają i kiedy wydaje się, że delikatna panienka zaraz zemdleje z głodu. Niestety, Wielki Piątek wykluczył ten przysmak, a właśnie tego dnia Mały Potwór odmówił jedzenia czegokolwiek. W przypływie rozpaczy wymyśliłam najdziwniejsze danie, jakie mogłam szybko zrobić.


Moja zaprzyjaźniona Koreanka Soo wręczyła mi przy pożegnaniu dwie torebki przypraw do "koreańskiego sushi", którym razem zajadałyśmy się w Lipsku. Miałam iść z tymi torebkami w Polsce do sklepu i poszukać czy są dostępne, ale tak sobie myślę, że chyba nie dam rady:


To dziwne jedzenie koreańskie dzieci (których ostatnimi czasy zrobiło się sporo w Lipsku z powodu przejęcia przez Koreańczyków jakiejś sporej niemieckiej firmy) przynosiły do szkoły jako lunch. Robi się faktycznie przez moment i świetnie pasuje do pudełeczka z drugim śniadaniem: trzeba ugotować ryż, dodać tę magiczną przyprawę (która wygląda i pachnie trochę jak suchy pokarm dla rybek), w drugiej miseczce wymieszać tuńczyka z majonezem i potem nakładać do folii spożywczej: trochę ryżu, trochę masy tuńczykowej i znowu trochę ryżu. A na końcu zrolować i zawinąć.


Podaje się to zawinięte w folii, a odwija bezpośrednio przy wkładaniu do buzi, trochę tak, jak otwiera się banana. Koreańskie mamy miały do tego zawiania specjalne plastikowe rynienki i wtedy faktycznie tempo robienia było imponujące. Ja muszę sobie dać radę bez tej pomocy, ale wychodzi nieźle. Ponieważ moja Soo średnio mówiła po angielsku, nie mam pojęcia jak to się nazywa i czy przypadkiem "koreańskie sushi" nie było terminem naprędce ukutym na potrzeby naszych spotkań. Ale wiem na pewno, że zawijanie w folię spożywczą nie było "wariacją na temat", tylko częścią oryginalnego przepisu.


Zajadaliśmy się we trójkę aż się uszy trzęsły. Tak to koreański lunch uchronił wybredną DemOlkę przed śmiercią głodową w Wielki Piątek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...