środa, 5 lutego 2014

nasze ulubione jadłodajnie lipskie

Ponieważ wyjazd TaTolka z Niemiec już tuż-tuż, zbiera nam się na podsumowania i wspominki. Dochodzimy do wniosku, że niewielu rzeczy będzie nam brakowało, a gros miejsc, za którymi zatęsknimy (dziwnym trafem) ma związek z jedzeniem.
Nasze śniadaniowe ulubione miejsce, w którym jednak staramy się nie bywać za często z powodu rosnących brzuchów, to Volkshaus:


W Lipsku podobno bardzo popularne jest spędzanie weekendowych śniadań z przyjaciółmi i rodziną w knajpkach. W Volkshausie jest szwedzki stół, a na nim wybór ryb, serów, mięs, sałatek, pieczyw różnych, dania na ciepło i zimno i mnóstwo słodyczy. Każde z nas znajduje tam coś dla siebie.


To zdecydowanie nie jest zdrowa wersja śniadaniowa, ale jest przepyszna, w dobrej cenie, a dzieciaki mają szansę nauczyć się jak zachowywać się w restauracjach. Raz na kilka miesięcy z radością objadamy się tam po uszy.
Kulinarna letnia  przystań to Musicpavillon - miejsce, gdzie można siedząc na trawie posłuchać muzyki poważnej na żywo, delektując się przepyszną slow-foodową pizzą i wybornie schłodzonym piwem. Tego miejsca będzie mi chyba najbardziej brakować - kojarzy mi się z gorącym latem, śpiewającymi ptakami i pełnym relaksem. Dodatkowym jego plusem jest to, że znajduje się w środku parku, więc można do niego tylko dojść na piechotę, lub dojechać na rowerze. W obu przypadkach można wtedy zjeść pizzę z czystym sumieniem, bo przecież po takim dystansie trzeba dodać sobie energii.


Restauracja, do której trafiliśmy niedawno to Sol y Mar, niedaleko starówki. Bardzo dobre jedzenie na dużych talerzach, ale przede wszystkim - niziutkie stoliki i ogromne łóżka i szezlongi, na których można polegiwać w czasie biedowania. Tolek był zachwycony i koniecznie chce tam wrócić. Odnoszę dziwne wrażenie, że bardziej zależy Mu na przewalaniu się po miękkich poduchach, niż na samym jedzeniu. Nie da się ukryć, że chwilę nam zajęło oswojenie pozycji kuczno-klęczącej przy stole. 


Ostatnie miejsce to mała, rodzinna, syryjska knajpka Maza Pita, którą mamy prawie pod samym domem. Z zewnątrz zdecydowanie nie zachęca do wejścia, a i pierwsze wrażenie w środku jest takie sobie. Gdyby nie to, że przechodzę tam codziennie i zawsze pełno ludzi, to nie wiem czy odważyłabym się spróbować tego, co serwują. Utrzymana w konwencji fast-fooda, na miejscu zachwyca smakami, zapachami i kolorami na talerzu. 

powyższe dwa zdjęcia pochodzą ze strony: Kiss and Tell comunication


Przemili właściciele dbają o wszystkich razem i każdego z osobna, uśmiechają się i zagadują. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że pięć i sześć po kurdyjsku brzmi tak samo jak po polsku. To tu Tolek zakochał się w hummusie i to właśnie tutaj możemy posiedzieć najspokojniej, bo właściciele zadbali o niewielki, ale bardzo fajny kącik dla dzieci, w którym DemOlka przepada na każdą możliwość ilość czasu. Za ich jedzeniem i atmosferą tego miejsca będę ogromnie tęsknić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...