czwartek, 9 stycznia 2014

wychodzenie z domu z DemOlką

Wychodzimy z DemOlką z domu. Już spod drzwi wyjściowych proszę Ją, żeby pobiegła do pokoju i przyniosła dla siebie inne skarpetki. Biegnie i znika. Stoję w przedpokoju i wołam: "Lala, Lalaaaa, chodź!! Wychodzimy po Tolka!!". Nic. Znowu wołam. Cisza, a wiem, że Gadzina stoi tuż za rogiem i na coś czeka. "Lalaaaa, pospiesz się". Odpowiada mi cichutkie popiskiwanie.
Wytężam cały swój maminy intelekt i wychodzi mi, że chyba chwilowo nie mam córeczki, tylko pieska. Ponawiam wołanie "piesku, pieeeskuuu, chodź!!". Zza zakrętu wychyla się ciekawski łebek (ze skarpetkami w zębach, a jakże!!) i wyraźnie widać, że pupka "merda" z radości.
Zaczynam gwizdać. Piesek przybiega w podskokach, grzecznie sadowi się na ławce jak prosiłam i wypluwa mi w garść tylko lekko zaślinione skarpetki.
Zakładamy skarpetki, ale już przy zakładaniu butów piesek zaczyna niespokojnie podskakiwać i wydawać dziwne dźwięki. Nerwowo patrzę za zegarek czy zdążymy przed zamknięciem szkoły, liczę w myślach do dziesięciu, uśmiecham się iście anielskim uśmiechem i mówię: "no co, pieseczku? chcesz iść na spacer? Siedź spokojnie, to zawiążę sznurowadła i idziemy". DemOlka zrywa się z ławki i jak szatan zaczyna wokół mnie skakać pohukując.
Cholera mnie bierze i najchętniej trzasnęłabym drzwiami i poszła sama w siną dal. Ale nie mogę.
Mam więc dwa wyjścia: wkurzyć się, zakończyć gwałtownie te brewerie, krzyknąć, tupnąć i zmusić Lalkę do posłuszeństwa. Albo opanować się, wytłumaczyć sobie, że DemOlka - mimo, że bardzo wysoka - jest jeszcze malutkim dzieckiem. I że nie robi tego na złość, z wyrachowania, albo z jakiegokolwiek innego powodu skierowanego przeciwko mnie. Ona po prostu się bawi i jak tylko odgadnę jaka to zabawa, to pójdzie szybko i gładko. Przy pierwszy dziecku różnie bywało, ale Tolek rośnie i coraz bardziej zdaję sobie sprawy czym moje dawne wybory skutkują w Jego obecnym charakterze. Przy Lali jestem mądrzejsza o doświadczenie. Wiem, że już niedługo takie momenty będę wspominać z sentymentem:
-  jak na schodach okazuje się, że moja córeczka jest właśnie wężem i musi, (po prostu musi!!) pełzać, - - jak na ulicy stwierdza, że każda rynna jest "telefonem" i szczeka do niej tak, jak 101 dalmatyńczyków,
- jak na środku sklepu uznaje, że jest zmęczona i musi usiąść i odpocząć,
- jak na daleeeekim spacerze uznaje, że "ktoś ma zatrzymać świat, bo Ona wysiada" i całą swoją trzyletnią osóbką pokazuje, że faktycznie wysiadła,
- jak na wycieczce rowerowej 10 km od domu nagle uznaje, że foteliki to nie jest to, co Lale lubią najbardziej i Ona wróci do domu na piechotę...
Taaaa, świadomość świadomością, ale Tolek czeka w szkole, spieszę się jak diabli, a po plecach płynie mi już pod kurtką zimową strużka potu....
Zagryzam zęby, próbuję wołać Lalę, ale wyraźnie to nie córka teraz skacze. Gwiżdżę, ale znowu bez odzewu, czyli pieska też już nie mam. W przypływie desperacji sięgam na samo dno inteligencji i odgaduję: ooo! jesteś małpką? Energiczne kiwanie głową pokazuje, że jestem "w domu" (dosłownie i w przenośni). Wyciągam z lodówki banana i nęcę małpiszona. Wychodzimy z mieszkania, minęło około 15 minut. Zostało nam do przejścia 106 schodków i 550 metrów w jedną stronę. Sama przechodzę to w 5 minut.
Przy pomyślnym wietrze ta sama trasa z DemOlką zajmuje nam ok. 22 minut. W "złym" dniu trochę powyżej godziny. Tolek umawia się ze mną co do pięciu minut i na ogól czeka przy wyjściu ubrany (i zdenerwowany jak się spóźniam). Jeśli raz wezmę Ją na ręce, to przez najbliższy tydzień każdy spacer będzie się kończył płaczem i pokazywaniem, że nóżki bolą i trzeba dziecko nieść.
Wesołe jest życie mamuśki....

PS. Zdążyłyśmy 5 minut przed zamknięciem szkoły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...