czwartek, 5 grudnia 2013

nawiązywanie znajomości


Środa jest od jakiegoś czasu Lali ulubionym dniem. To dzień spotkań toddlers clubu, czyli dzieciaków w wieku przedprzedszkolnym. Dłuuugo nie mogłam się przekonać do takiego pomysłu, ale Lalka bawiła się tam na tyle dobrze, że zaciskałam zęby i trwałam, jak na cierpiącą Matkę przystało.
Ale czas leci, dzieci rosną, mamy coraz więcej o sobie wiedzą i nagle okazało się, że nieźle się znamy, całkiem lubimy i dobrze dogadujemy, a środa stała się też moim ulubionym dniem.

każda wariatka ma na głowie kwiatka



Nawiązywanie znajomości i przyjaźni na emigracji nie jest łatwą sprawą. Albo może jest, jeśli się ma sprzyjający temu charakter, a my - nie mamy. Sprawdzone grono naszych przyjaciół zostało w Polsce. Na nich polegamy, im wierzymy, z nimi uwielbiamy rozmawiać, spotykać się, wyjeżdżać na wspólne wycieczki, z ich dziećmi Tolek i Lala szaleją jak dzicy, za nimi tęsknimy. Kiedy dzwoni moja Przyjaciółka i mówi "mam dużo przemyśleń, musimy to obgadać", czuję się jakbym miała znowu "naście" lat i z dziką radością oddaję się dłuuugim rozmowom telefonicznym, w trakcie których dyskutujemy o nicości tego świata, złamanym paznokciu, problemach rodzinnych i filozofiach życiowych. A kiedy dostaję list papierowy, to drżącymi z radości rękami rozpakowuję go natychmiast, na ulicy i od razu czytam i często-gęsto roniąc łzy wzruszenia. Jak się ma takich Przyjaciół, to ciężko nagle zaczynać "od zera", od podawania ręki, przedstawiania się, sprawdzania z kim nadaje się na tych samych falach, a kogo zupełnie "nie czuje". Dlatego niezwykle zdziwiłam się swoim odkryciem z toddlers clubu, że ja już nie muszę szukać dobrych znajomych, ja je mam. Wiem o nich sporo, one o mnie też, dobrze się rozumiemy, dogadujemy i coraz częściej pomagamy sobie w sytuacjach kryzysowych, a nasze przedprzedszkolaki czekają z utęsknieniem na resztę gromadki.


Same spotkania są świetnie pomyślane i widać, że prowadzące je dziewczyny uwielbiają dzieci i z dziką radością się z Nimi bawią, brudzą, szaleją i nikomu nie przeszkadza przedziwna mieszanka językowa (panie mówią po angielsku lub niemiecku, dzieci odpowiadają po polsku, niemiecku, angielsku, węgiersku i koreańsku). A ja z zapartym tchem obserwuję coraz to nowe atrakcje dla dzieci - było już malowanie liści, malowanie liśćmi, wsadzanie rączek w pojemniki z pianką do golenia, a nawet wchodzenie do pojemników z galaretką i kasztanami, korkami i makaronem. Sama miałam ochotę się w tym wytarzać! Pachniało pięknie, wyglądało ciekawie i Lalka była pierwszą, która wyskoczyła ze spodni i zaczęła jeździć w galaretce z pianką jak na lodowisku. Po półtorej godzinie sala wyglądała jak po przejściu tajfunu, dzieci były w bieliźnie - mokre, brudne i szczęśliwe, a Mamusie siedziały oblepione resztkami galaretki z makaronem, z pianką we włosach i błotem na ubraniu. Takie warunki sprzyjają zawiązywaniu przyjaźni.

czasem wpadają też Starszaki i z radością pakują się do galaretek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...