poniedziałek, 16 września 2013

rodzinna niedziela



Niedziele są, jak już kilka razy pisałam, rodzinne.
Przyjaciele i rodzina zostali w Polsce, sklepy zamknięte, siłą rzeczy możemy się lenić. Ponieważ pogoda nie sprzyja wycieczkom rowerowym, meczom piłki nożnej, tudzież godzinom na placu zabaw, wczoraj skupiliśmy się na... jedzeniu.
Otóż Lipsk jest miastem śniadań i brunchy. W weekend - jak ulice długie i szerokie - wszędzie pojawiają się stoliki, parasole, kanapy i mnóstwo ludzi, którzy siedzą, jedzą i rozmawiają. Nie rozumiem co mówią, ale odnoszę wrażenie, że większość tych śniadań to po prostu przemiłe spotkania towarzyskie. W niedzielę postanowiliśmy się zlipszczyć i pojechaliśmy do knajpki Volkshaus w dzielnicy Südvorstadt. Gdyby nie konieczność mieszkania w pobliżu szkoły Tolka, to właśnie w Südvorstadt chciałabym mieszkać. Nie pomyślałam i nie zrobiłam żadnego zdjęcia, ale główna ulica pełna jest młodych platanów i mnóstwa urokliwych knajpek wszelkich narodowości. Tam fajnie byłoby spacerować i co i raz przysiadać na kawie.


Z TaTolkiem jadałam już w różnych knajpach, hotelach, jadłodajniach i kuchniach. Wszystko jedno czy to Warszawa, Gibraltar, Lipsk, Toskania czy Rio de Janeiro - żelazny zestaw zawsze jest ten sam: biała bułka, jajecznica i kakao. Jeśli kiedyś gdzieś pojedziemy i mój mąż zamówi coś innego, to będą dwie możliwości: będzie ciężko chory, lub ktoś podmieni mi ślubnego.


Ja próbuję tego, co nowe i tego, czego nie jem na codzień. W związku z tym tym razem było poszłam w słodycze, które zwykle omijam wielkim łukiem. Ponieważ pyszną kawę mam teraz w domu, a w Lipsku trudno o dobrą herbatę (Niemcy chyba prawie nie używają tego napitku?!), wisienką na torcie przy każdym wyjściu, jest właśnie mocna, czarna herbata.


Dzieciaki stanowią połączenie zwyczajów MaTolka i TaTolka i próbowali wszystkiego. Tosty, kiełbaski, jajecznica, sery, wędliny, owoce i nawet sok pomarańczowy "od święta" znikały jeden za drugim w ich małych paszczach. Przez moment wydawało się, że Lalka zje nawet miskę, z takim zapałem wyskrobywała resztki musu czekoladowego.
Niestety, w ten weekend pogoda była wyjątkowo zmienna i za każdym razem, jak wystawialiśmy czubek nosa poza dom, zaczynało padać. Przywykamy do tego, chodzimy wszędzie z kurtkami przeciwdeszczowymi, ale ponieważ świeżo odpieluszona Lalka skacząca po kałużach jest jak siuśkowa bomba zegarowa, to spalić przyjęte kalorie musieliśmy w domu.
I znowu - było leniwie, rodzinnie i spokojnie. Lubię takie weekendy i bardzo cenię. To coś, czego brakowało nam w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...