czwartek, 22 sierpnia 2013

Bośnia i Hercegowina

 

Ponieważ dosyć niespodziewanie znaleźliśmy na wakacjach w Chorwacji, zupełnie nieprzygotowani, bez przewodników i z ograniczonym internetem, nasze wycieczki były dosyć przypadkowe i rzadkie. Tak właśnie trafiliśmy do Bośni i Hercegowiny. Na zaprzyjaźnionym forum internetowym dostałam wskazówkę: "Może Mostar, wydospady Krvavica oraz Pocitejl w Bośni i Hercegowinie".


Zaryzykowaliśmy (po Czarnogórze nic nie było nam straszne). Nieco czasu straciliśmy na granicy, ale godzinny korek jest akceptowalny w środku lata. Pocitejl oglądaliśmy tylko zza szyb - było wiadomo, że Lala nie wytrzyma tyle zwiedzania jednego dnia. Zaczęliśmy od Mostaru. Nazwa miasta pochodzi podobno od słowa "mostari", tj. strażnicy mostu. I faktycznie życie turystyczne w Mostarze kręci się wokół mostu, który został zbudowany  XVI wieku, potem runął pod ostrzałem Chorwackim w 1993 roku, a następnie został odbudowany. Miejscowi nie dadzą o tym zapomnieć.

 długopisy, breloczki, wisiorki - nabojowa biżuteria do wyboru, do koloru

O historii miasta można przeczytać w tysiącu miejsc, więc nie będę udawać, że wiem więcej, niż to, co w przewodnikach i internecie.
Wycieczkę zaczęliśmy od niesamowitej restauracji. Jedzenie było przepyszne, zapachy nieziemskie, a  klimacik idealny. Następnie pomaszerowaliśmy pod most, gdzie można się wykąpać (ale uwaga, nurt jest silny!) Nie ryzykowałabym wchodzenia do wody bez butów - kilka lat temu syn naszych przyjaciół zrobił krok, po czym został odwieziony do szpitala na szycie stopy.

 to właśnie tu jest piekielnie ślisko, dlatego nikt nie idzie środkiem

Po ochłodzie wyruszyliśmy na "zwiedzanie właściwe" - mostem, koło mostu, nad mostem, pod mostem.  Zdecydowanie to miasto innej nazwy nie mogłoby mieć. Trzeba się nastawić na spory ścisk i dziesiątki Polaków (my trafiliśmy na wycieczkę starszych pań, co też miało swój urok). Lepiej nie jechać w klapkach, bo wydeptane kamienie są bardzo śliskie, zwłaszcza na moście niektórzy wyglądają, jakby walczyli chwilami o życie. I zdecydowanie odradzam wycieczkę po Mostarze z dzieckiem w wózku - co chwila kamienie, progi, stopnie, nierówności. Nasz wózek się poddał i rozleciał, w końcu nieśliśmy Lalę jak w lektyce.


Rzeczywiście naleciałości muzułmańskie widać na każdym kroku. Inne ozdoby, materiały, inni ludzie i architektura. Łatwo zrozumieć przyczyny tarć, do jakich dochodziło w czasie okołowojennym na tych terenach.  I choć miałam pełną świadomość, że wiele z tego jest teraz na pokaz i czysto "pod turystów", to i tak w atmosferze jest coś, czego niewątpliwie nikt nie podrabia. 


Tę wycieczkę wykorzystaliśmy do lekcji historii dla Tolka. Wcześniejsze opowieści o wojnie chyba mniej do Niego docierały, niż ślady po kulach, ruiny domów mijane po drodze i (oczywiście) akcesoria wojenne, które można kupić na straganach.


Mogłabym pisać jeszcze długo, bo Tolka i mnie Mostar zachwycił - egzotyką, dźwiękami, zapachami, smakami; innością; mimo, że główne uliczki są naszykowane dla zwiedzających, to wystarczy odejść kilka kroków z "głównego szlaku" i wpada się w zaniedbanie, zniszczenia powojenne i bałagan.


Kiedy młodsza część wycieczki zaczęła dawać wyraźne znaki zmęczenia, pojechaliśmy zobaczyć wydospady Kravica. I znowu był to strzał w dziesiątkę. Rok temu byliśmy w chorwackich Plitvicach. Wtedy byliśmy zachwyceni, choć trzeba przyzwyczaić się do konieczności walczenia łokciami o swoje miejsce nawet w wodzie. Dlatego teraz też jechaliśmy z nastawianiem wpadnięcia w dziki tłum i walkę o chwilę ochłody. A na miejscu spotkała nas przemiła niespodzianka. Było prawie pusto!


W Plitvicach można wykąpać się, popływać, ale nie można podejść do wodospadów, które są ogrodzone i pilnie strzeżone. Tutaj można stanąć pod wodospadem, a nawet wejść do jaskini, które kryją się za potokami (lodowatej) wody. Naturalny masaż wodospadowy to coś rewelacyjnego (ale dzieciaki lepiej prowadzić za rękę, ta woda naprawdę "ma siłę"). Kąpaliśmy się do woli, bawiliśmy się, wspinaliśmy się na skałki i cieszyliśmy oczy naturą, której człowiek na razie nie bardzo przeszkadza. Warto pojechać do Kravicy i wykąpać się! Trzeba tylko pamiętać o butach. Próbowałam poruszać się na bosaka, ale szybko się poddałam, było niebezpiecznie zwłaszcza pod wodospadem.


Pod koniec urlopu Tolek uznał, że to najpiękniejsze miasto, jakie widział w te wakacje. Ja nie umiem porównać urody Dubrovnika do Mostaru, bo są zupełnie inne (miasta, nie urody), ale na pewno to właśnie Bośnię i Hercegowinę zapamiętam najdłużej.

1 komentarz:

  1. No cud malina! I napisałaś super reportaż podróżniczy -czyta się rewelacyjnie. I aż się chce pojechać :)

    OdpowiedzUsuń

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...