środa, 19 czerwca 2013

uwięziona na balkonie

 skakać nie miałam zamiaru

Wczoraj moja urocza córeczka uwięziła mnie na balkonie. Zrobiła to całkiem skutecznie, tj. spędziłam na zewnątrz półtorej godziny. A było tak:
Jak codzienie rano ćwiczyłam, a Lala bawiła się obok. Jak codziennie wyszłam potem na balkon z komputerem i kawą przez chwilkę odsapnąć. Akurat tym razem uznałam, że jakoś mi źle jak nie słyszę każdego szmeru wydawanego przez córkę i postanowiłam przenieść Ją z zabawą koło mnie - tak zrobiłam pierwszy raz. Lala wychodziła za mną na balkon, przytrzymywała się drzwi za klamkę (musiała pokonać schodek). Wyszłam. Zawiał wiatr i wyrwał Lali drzwi z ręki. Straciła równowagę, oparła się o klamkę i klamka obsunęła się na dół. Usłyszałam trzask, odwróciłam się i zamarłam. Klamka była przekręcona kawałek, więc spokojnie zaczęłam Lali tłumaczyć jak to otworzyć.
Próbowała, ale w końcu się poddała (blokując zamek coraz mocniej i mocniej) i poszła do swojegopokoju (a tym samym zniknęła mi z oczu). Zaczęłam lekko panikować.

                                                                           tym oknem chciałam wchodzić

Zostałam w obcym kraju, w spoconej po treningu bieliźnie, na piątym piętrze,  na szczęście - z komputerem. TaTolek tego akurat dnia był w Pradze (poprzednio kiedy wyjechał Tolek wbił sobie platik w oko). Waliłam w szybę próbując przywołać córeczkę. Potem waliłam coraz mocniej próbując wyłamać drzwi lub wybić szybę. W końcu Lala podeszła do szyby, popatrzyła na mnie i stanowszym głosem rzekła "nie!! nie mama!! Lala bawi! bawi sama!!". Miałam pomysł, żeby wyjśc na dach i górą przejść do okna, ale akurat wczoraj PO RAZ PIERWSZY zablokowałam okno od zewnątrz blokadą antywłamaniową. Wtedy zrozumiałam, że same nie damy rady. Mignęła mi wizja czekania tak do 17:00, kiedy zadzwoniliby do TaTolka ze szkoły z pytaniem co się dzieje. Wyobraziłam sobie, jak TaTolek z Pragi próbuje się do mnie dodzwonić i jedzie 300km coraz bardziej przerażony, podczas kiedy Tolek czekałby w szkole, a Lala - sama w domu. Ponieważ histeria była tuż-tuż (na ulicy pracowała koparka i nie było szans, żeby ktoś mnie usłyszał), uchwyciłam się komputera jako ostatniej deski ratunku.
Wysłałam maile TaTolkowi (jest w Pradze) i koleżance jedynej, która mieszka blisko i o której wiedziałam, że powinna być przy komputerze (telefon oczywiście był w domu).
I potem nastąpiło piekielnie długie oczekiwanie czy któreś z nich odpowie... w tym czasie Lala przyniosła sobie z pokoju plastikowe jedzenie i talerzyk, usiadła przy stole równo na przeciwko mnie i powoli "żuła". Obiektywnie rzecz biorąc, musiało to wyglądać zabawnie - waląca w szybę, zdenerwowana matka, krzycząca, żeby córka otwierała i spokojnie siedząca dwulatka, jedząca plastikowe bułeczki i drewniane kółeczka, powatrzająca "nie!! Lala Bawi!". Ale wczoraj mnie to nie śmieszyło. Poza tym w Jej gestach widziałam coraz większy niepokój. Opanowałam się i "bawiłam się" z Nią przez szybę, żeby pokazać, że jest ok. Nadszedł mail od koleżanki, że "już biegną".
TaTolek, który był w trakcie wyjątkowo ważnego spotkania, maila odebrał. I tak sobie myślę, że cieszę się, że nie byłam w Jego skórze, bo musiał denerwować się koszmarnie z pełną świadomością, że fizycznie pomóc nie może. Ale napisać do Niego musiałam, bo był mi potrzebny. Mój plan był (stosunkowo) prosty. Musiało tylko zadziałać kilka "drobnostek".
TaTolek zadzwonił do szkoły i uprosił o zwolnienie aTolka (dzieci nie mogą same wychodzić, to się praktycznie nie zdarza). W tym czasie koleżanka miała to przyjść. Chodziło mi oto, żeby koleżanka-Niemka pomogła Tolkowi w jakiś sposób dostać się do budynku bez używania domofonu w naszym mieszkaniu, potem Tolek miał wołać Olę przez drzwi do mieszkania. Liczyłam, że wtedy Ola otworzy - robiła to już wcześniej, ale zawsze pod kontrolą i ze mną jako wsparciem. Nie było planu B.
Akcja ratownicza: koleżanka przyszła wezwana mailowo, w całej kamienicy była JEDNA osoba, która wpuściła Ją i Jej męża do środka. Starałyśmy się porozumieć krzycząc, ale - z powodu koparki - nie było szans. Weszła na górę i nawoływała Lalę spod drzwi. Ja starałam się coś usłyszeć - czy dzwoni, czy stuka, żeby powiedzieć Oli co robić, ale koparka zagłuszała wzystko. Nagle zobaczyłam po postawie Lali, że nasuchuje i zaczęłam klejny akt pantomimy za szybą, pokazujący jak i które drzwi otworzyć. W końcu Lala poznała głos i wpuściła do domu mojego wybawcę.
Chwilę potem przybiegł przerażony Tolek, który wymyślił sobie, że wypadłam z balkonu i wiszę trzymając się po stronie zewnętrznej, a On jest potrzebny, żeby wciągnąć mnie do środka. 
Ręce i nogi trzęsły mi się jeszcze pół dnia. Lala natychimiast jak zostałyśmy same, zasnęła w pół słowa - widać było, że mocną Ją to zestresowało.

i taki wniosek krótki mam: bardzo, bardzo się cieszę, że jestem na tyle nieodpowiedzialna, że nauczyłam dwuletnią Lalę otwierania drzwi zewnętrznych..
Co nie zmienia faktu, że czułam sie jak idotka, kiedy właściwie obcy ludzie wpuszczali mnie prawie nagą do domu. ;) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...