poniedziałek, 4 marca 2013

Halle - małe miasteczko saksońskie


Pewna optymistycznie odbierająca Świat Amerykanka powiedziała mi ostatnio, że zima w Lipsku to styczeń i luty. Marzec zaczyna wiosnę, więc niedługo można się spodziewać zakończenia dwumiesięcznego okresu opadów. Ponieważ mówiła to, kiedy za oknem padało coś obrzydliwego, co nie mogło się zdecydować czy jest ciepłym śniegiem czy lodowatą ulewą, nie bardz chciałam Jej wierzyć.
Ale jakby na potwierdzenie tych słów, chyba po raz pierwszy raz w tym roku, ostatniej niedzieli wyszło słońce. Dlatego postanowiliśmy zrobić wycieczkę i padło na Halle - małe miasteczko saksońskie, oddalone od Lipska o ok. 30km. Czytałam o nim skrajnie różne opinie: że szare, brzydkie i smutne, ale też, że klimatyczne, stareńkie i pachnące czekoladą.  Od kiedy tu mieszkamy coś mnie do niego ciągnęło, ale brakowało dobrej okazji, żeby się w końcu wybrać. Ty razem uparłam się i pojechaliśmy sprawdzić.


Choć w Halle jest fabryka i muzeum czekolady, to czekoladą nie pachniało, a my te akurat atrakcje zostawiliśmy sobie na następny raz. Staramy się pamiętać, że Lalka ma ograniczone pokłady cierpliwości i właściwie każde zwiedzanie musimy rozkładać na parę razy.
Na "dzień dobry" zachwyciły mnie zdobienia budynków, o co nie jest łatwo po zabudowie lipskiej.


.. a potem było tylko ciekawiej... Dość szybko znaleźliśmy się na "ryneczku", który wielkością bardziej przypominał dreźnieński, niż lipski (tj. był znacznie większy). Piękne, stare kamienice, kościoły i ukwiecony plac główny cieszyły oczy. W przewodniku wyczytaliśmy, że w fotografowanym przez nas Frauenkirche Marcin Luter wygłaszał kazania, a George Friedrich Handel był organistą. Ten ostatni nawet doczekał się pomnika, który tłumnie obeglegały dzieci z racji możliwości wspinaczki schodowej. Tak się tym przejęłam i zafrasowałam fotografowaniem, że Lalka mało nie skoczyła na główkę w kamiennych schodów u stóp kościoła. Udało mi się Ją złapać, kiedy najwyżej położoną częścią ciałą były stopy, a TaTolek, który był wystarczająco blisko, żeby dokładnie widzeć co się dzieje, ale wystarczająco daleko, żeby nie mieć szans na reakcję, wyglądałby, jakby chciał mnie udusić.


Mnie najpierw zaskoczyło, a potem zachwyciło połączenie XVI i XVII wiecznych zabudowań z liniami tramwajowymi, które biegną "środkiem wszystkiego". Inna sprawa, że przy dwójce biegających Tolko-Olków i tylu tramwajach trzeba było mieć oczy do okoła głowy, żeby na pewno wszyscy byli bezpieczni, ale kto powiedział, że nagłe wyskoki adrenaliny rodzicielskiej szkodzą?
Mimo moich zachwytów, po naszych przeżyciach z piekarnią za ścianą, zastanawiałam się ciągle jak wytrzymują lokatorzy kamienic halleńskich z tramwajami, których pasażerowie swobodnie mogą zaglądać w okna mijanych mieszkań. Natomiast z punktu widzenia turysty - wygląda to super!


Jak prawdziwi turyści chwilę po zaspokojeniu głodu zwiedzania, poczuliśmy ten bardziej dosłowny głód. Ponieważ brzuchy burczały nam na pięć głosów (BabTolka jest u nas z wizytą), zaczęliśmy szukać klimatycznej knajpki... Trzeba przy tym pamiętać, że "klimatyczna knajpka" kiedy się jest z Lalką to dosyć abstrakcyjne pojęcie. W ten sposób trafiliśmy do restauracji zupełnie pozbawionej atmosfery, za to z przepięknym widokiem na Halle.


I choć najedzona Lalka miała być zadowoloną Lalką, to wyszło nie do końca tak i coraz częściej dawała dosyć głośne sygnały, że pokłady cierpliwości "ciągną na rezerwie". Kurcgalopkiem przebiegliśmy więc po wąskich uliczkach położonych najbliżej rynku, zachwycając się, podziwiając i fotografując. Niestety, piękne słońce miało ten minus, że bardzo utrudniało znalezienie dobrych ujęć, a poganiająca nas wrzaskiem Lalka nie dawała szans na poczekanie, aż słońce przesunie się w lepsze miejsce. Proszę więc sobie wyobrazić, że słońce przesunęło się i pięknie oświetla całość zabudowy:


I bardzo już widać, że wszyscy czekają na wiosnę, przywołują ją i nęcą czym się da:


A na samym końcu wycieczki znowu uderzyło nas, jak stare walczy w post NRD z nowym, jak to, co odnowione łączy się z riuną i biedą byłego ustroju. Otóż przy samiuteńkim deptaku, tam, gdzie wszyscy turyści ustawiają się do zdjęć z XV wiecznym kościołem i kamienicami, wystarczy tylko obrót o 180st. i przed oczami zdezorientowanego turysty pojawiają się takie widoki:


Po trzech godzinach zwiedzania Lalka doszła do stanu, kiedy potykała się o własne nogi i coraz dokładniej oglądała chodniki halleńskie, a i Tolek wyraźnie opadał z sił. Robiąc ostatnie zdjęcia i zapędzając dzieci jak stadwko rozbieganych baranów, dotarliśmy do samochodu i wróciliśmy do bardziej lipskich widoków, jak np. ten oto samolot, który wylądował nam nagle tuż koło auta...


Czy wart było jechać? No pewnie! Przecież pokazujemy dzieciakom świat, historię, opowiadamy o znanych, wielkich, historycznych... żeby mile połachotać swoje ego przewodnika, zapytałam Tolka po powrocie do domu co było najfajniejsze w naszej wycieczce. I co?


Te oto schody. Bo można było wspinać się po murku, zjeżdżać po poręczy i zeskawiać z nich strasząc Lalkę. Wesołe jest życie rodzica.

1 komentarz:

  1. Pięknie!!!
    Byłam pewna, że chodzi o schody!!!:)

    OdpowiedzUsuń

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...