poniedziałek, 4 lutego 2013

dlaczego balam sie zdawania mieszkania...

Pierwsze mieszkanie, które wynajęliśmy w Lipsku, okazało się niezłą norą i przekrętem, na który idealnie daliśmy się nabrać. Z wierzchu czyste i wyremontowane, po "bliższym poznaniu" okazało się tykającą bombą, która w każdej chwili mogła wybuchnąc i obsypać nas "gradem usterek". Wynajmował je TaTolek, kiedy reszta rodziny czekała w Wa-wie na sygnał, że mamy już dokąd się przeprowadzić. Pewnie gdybym je widziała wcześniej, to zauważyłabym więcej rzeczy - jak choćby tapetę na ścianach zamiast tynku. Może spisalibyśmy dokładniejszy protokół, może lepiej byśmy się zabezpieczyli... ale to wszystko i tak nie zmieniłoby faktu, że wynajęlibyśmy je, bo działaliśmy z nożem (czasu) na gardle.
Tymczasem ponad pół roku minęło i trzeba było zmierzyć się ze zdaniem go. Od dawna bałam sie tego momentu, bo szybko odkryliśmy, że w tym mieszkaniu sypie się wszystko, a w czasie naprawiania jednej rzeczy, rozlatują się kolejne trzy. Po wyniesieniu naszych mebli okazało się, że we wszystkich pokojach na ścianach wyszedł grzyb. Zrobiłam zdjęcia, ale gdzieś w szale przeprowadzki niechcący je skasowałam. Grzyby były różnorodne - kolorowe, o różnej strukturze i grubości; wszystkie - jednakowo paskudne i niezdrowe dla każdego, a tym bardziej - dla naszych astmatycznych dzieci. Dowiedzieliśmy się, że takie grzyby zostaną natychmiast złożone na karb niewystraczającego wietrzenia  - słowem, że będziemy mieć kłopoty. I nieważne, że to nasze piąte mieszkanie i że wszystkie poprzednie potrafiliśmy wywietrzyć.
Od jakiegoś czasu biedzę się nad tym, jak opisać tamto mieszkanie i dochodzę do wniosku, że nie umiem. To trzeba było zobaczyć -ściany, które po lekkim potrąceniu gubiły nagle pięć warstw coraz bardziej pożółkłej farby (tu remont polega na pokryciu tapety kolejną warstwą, a w najlepszym razie - na położeniu kolejnej warstwy tapety bez odrywania tych poprzednich); podłoga, która pod ciężarem człowieka uginała się na środku, wybrzuszała pod ścianami, trzeszcząc przy tym tak, że w nocy budziła wszystkich; okna, stale pokryte parą, które żółkły, gubiły farbę i które stale trzba było czyścić i wycierać kilkanaście razy dziennie, żeby w ogóle zobaczyć cokolwiek na zewnątrz, ale też -żeby nie wyhodować wspomnianego grzyba, kruszący się próg na balkonie, szwankujący prysznic, i wiele innych, głębiej ukrytych.
Do tego dochodziło zwykłe posprzatanie po nas wedle kontraktu, tj. zagipsowanie dziur, wyczyszczenie wszelkich śladów naszej bytności, itd.
Najpierw pracowaliśmy wszyscy, potem przez dwa tygodnie pracował DziaTolek - czyścił, gipsował, gładził, malował, a na samym końcu MaTolek kobiecą ręką dogładzał, doczyszczał, domalowywał i domywał. według mnie - mieszkanie zostało w lepszym stanie niż je zastaliśmy.
Tylko, że ważne było nie moje zdanie, a agentów nieruchomości, którzy nam je wynajmowali.
W zeszłym tygodniu nadeszła godzina prawdy. W "spotkaniu na szczycie" udział wzięli: TaTolek, przedstawiciel firmy, która pomagała nam to mieszkanie wynająć, oraz dwie osoby od strony agencji.
Ponoć faktycznie czystość mieszkania zrobiła początkowo bardzo dobre wrażenie. Atmosfera siadła  jak przyszło do spisywania liczników i okazało się, że przy odczycie dwóch na pięć tamci mili państwo pomylili się i akurat tak się złożyło, że w obu przypadkach - na naszą niekorzyść. Chwilę potem przyczepili się do stanu kaloryfera w łazience. Tenże bowiem od początku miał brązowe plamy - coś jak rdza, lub klej monterski. Do głowy nie przyszło, że mamy do czyścić, bo przecież takie stan zastaliśmy... tyle, że nie było tego w protokole, spisanym przy wynajmowaniu.
Koniec końców Przedstawiciel Firmy wybronił nas, nic nie musimy naprawiać, za nic nie musimy płacić. Kamień spadł z serc. Czekamy tylko na ostateczne rozliczenie, które wedle prawa niemieckiego może nastąpić.... do końca roku 2014!! Ale - "pomyślę o tym jutro".
Postanowiliśmy dać temu miastu drugą szansę - w czystym mieszkaniu, z ciszą nocną, ze spokojem i brakiem zmęczenia.  Mam nadzieje, że Lipsk tę szansę wykorzysta. ;)



edit: odnalazłam zdjęcia. Poza grzybem na środkowym zdjęciu widać łączenie nowej farby (białej) ze starą (kiedyś białą, teraz buro-żółtą), która niezamalowała się w czasie remontu, tuż nad listwą przypodłogową. Przez chwilę dostałam paranoi, że i to muszę malować, poprawiać, czyścić, ale odpuściłam. W przypadku ich wybitnie złej woli i tak nie udowodniłabym, że wielbłądem nie jestem.


1 komentarz:

  1. Jej! Dobrze, że już na nowym, czystym i ładnym!

    OdpowiedzUsuń

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...