piątek, 4 stycznia 2013

świateczny jarmark lipski po raz drugi


Napisałam w Świeta i zapomniałam opublikować... pojawia się więc z kilkutygodniowym poślizgiem. A co tam... do następnych Świąt daleko, można powspominać.


Święta, Święta i po Świętach... to dobry dzień na wspominki ostatniego weekendu przedświątecznego.
Chcieliśmy kupić "rdzennie lipskie" słodkie upominki, więc wybraliśmy się na jarmark świąteczny na rynku starego miasta. Dla mnie i dzieci to było ponowne wybranie się, dla TaTolka - pierwsze. Nasłuchał się wcześniej naszych opowieści i porównań do jarmarku dreźnieńskiego - że tu brzydko, odpustowo, bez atmosfery, w dzikim tłumie, woni kiełbas i z niemieckim przytupem do kotleta. Słowem - jedziemy, kupujemy co trzeba i uciekamy.
Ale tego dnia nic nie szło tak, jak miało. Od rana była dzika ulewa (termometr wskazywał +8st. czyli jakieś 18st. C. więcej niż Warszawie!!) Chcieliśmy przeczekać, ale po paru godzinach czekania w końcu się poddaliśmy i pojechaliśmy w deszczu, wyposażeni w typowo grudniowe akcesoria, takie jak peleryny, folia przeciwdeszczowa do wózka i spodnie przeciwdeszczowe.




Na miejscu lało chyba jeszcze bardziej niż, przy wyjściu z domu. Po godzinie spacerowania mi przemokła kurtka, bluza i koszulka, TaTolkowi wszystko, a Olce, która spała w wózku pod folią, woda ściekała na (zimowe) buty. Tak ściekała, że buty przesiąkły, a woda wspięła się przez rajstopy, spodnie, aż do kolan. Jedynie Tolek się uchował, bo ma ciuchy jeszcze z fińskich zapasów "nie do zdarcia". Ciężko jest wczuć się w grudniową atmosferę Świąt, brodząc w kałużach do kostek, z przymkniętymi oczami, po których "sieka wiatr" i z coraz bardziej przyklejającą sie do ciała mokrą bluzą... ale dało się. I było SUPER!! Dzięki tej ulewie wiele osób zostało w domu i nareszcie można było zobaczyć sam jarmark. Okazał się prawie trzykrotnie większy, niż nam się z dziećmi wydawało - po prostu poprzednio tłum zakrył nam przejście do kolejnych "odłon". Odkryliśmy m.in. ryneczek kulinarny pełen tych dreźnieńskich zapiekanek z pieca, które pokazywałam ostatnio i innych niefastfoodowych przegryzek. Sprzedawali je przebierańcy w strojach ludowych, starodawnych, w budkach dopasowanych kolorytem. Odkryliśmy też trzecią część pełną ręcznych wyrobów z filcu i kamieni, która poprzednio także skryła nam się wśród ciżby, amatorskie chórki przepięknie śpiewały kolędy, dostojnie moknąc w ulewie, zastępując niemiecki przytup.





TaTolek stwierdził, że to ten jarmark podoba Mu się najbardziej i byłabym skłonna przyznać Mu rację, gdyby tylko było więcej światełkowych ozdóbek.
Może za rok się pojawią? Byłoby idealnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...