środa, 12 grudnia 2012

przygotowania świąteczne

 eleganckie ciasteczko wg Olki; etap następny polegał na wpakowaniu całości pod kran i starannym umyciu całości

Korzystając z faktu, że Tolek nie chodzi do szkoły (tym razem zapalenie oskrzeli), postanowiliśmy upiec ciasteczka świąteczne. Dla Tolka to normalka, ale Olka pierwszy raz świadomie uczestniczyła we wszystkich etapach ciasteczkowania. Uczestniczyła nawet w tych etapach, których istnienia w ogóle nie zakładałam, jak np. mycie surowego ciasta pod kranem, uszczelnianie fug tymże ciastem, czyszczenie mąka frontów szafek czy wycieranie ścierką wałka po każdorazowy użyciu.


MaTolek natomiast po raz pierwszy musiał sprostać pogodzeniu dwóch żywiołów w jednej kuchni.
W którymś momencie sama się z siebie zaczęłam śmiać - miałam PLAN na te wypieki i zupełnie nie przewidziałam, że 7,5latek i dwulatka mogą pracować w innym tempie i z inną energią.
Tam, gdzie Antoś wykrawał idealne ciasteczka i cmokał nad wyborem każdej foremki, tam Olcia ryła paluszkami po rozwałkowanym cieście i wyjadała kolorowe ozdóbki.


Dodatkowo MaTolek błysnął inteligencją ponadprzeciętną i nie załapał w sklepie, że zamiast kolorowych pisaków do zdobienia zakupione zostały barwniki. W ten sposób dwie krople tego uroczego specyfiku kompletnie zmieniły konsystencję lukru, który roniąc granatowe (i bardzo trwałe) łzy barwnika ponuro rozlał się na blacie (a jakże - drewnianym, źle zaimpregnowanym).


Było... wesoło. I pracowicie, jak zdrapywałam z terakoty starannie wdeptane posypki i ozdobne kuleczki, szlifowałam barwnik w blatu, wydłubywałam resztki ciasta z miejsc, w których teoretycznie w ogóle nie miały sie prawa znaleźć, jednocześnie broniąc kolanem dostępu do gorącego piekarnika, udem do gorącej blachy, a ręką powstrzymując pracowite rączki przed pakowaniem sobie upiornie gorących ciasteczek do dziecięcych otworów gebowych.


Suma sumarum - ciasteczka powstały. Nieco krzywe, nieco nadpalone, nieco ponadgryzane, z magicznie znikającymi ozdóbkami za każdym razem, kiedy MaTolek odwrócił sie tyłem choćby na mgnienie oka.
Okazuje się, że niezależnie od tego czy kuchnia znajduje się w Espoo, Warszawie czy Lipsku, wpuszczenie do niej dzieci, posypanie mąki, wręczenie wałków i foremek i "zaprawienie" całości posypkami, kończy się zawsze takim samym hardcorem świątecznym i jednakowym obżarstwem.

3 komentarze:

  1. Dziś to się śmieję, ale wczoraj zgrzytałam zębami, że nie jest idealnie, równiutko, czyściutko i pięknie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. ha ha ha skąd ja to znam... najpierw daję dla frajdy, potem mnie krew zalewa, na koniec nerwy puszczają, a potem sama stukam się w czoło... i rok w rok to samo ;) widać, że była super zabawa, a Olka jest już wielka kobita!

    OdpowiedzUsuń

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...