poniedziałek, 19 listopada 2012

iż Polacy nie gęsi...

Setki razy słyszałam od Polaków " mój angielski to jest za słaby", "to moja pięta achillesowa", "ja się wstydzę", "mam blokadę". Podobno badania wykazują, że niepewna swoich umiejętności kobieta raczej zamilknie, niż zrobi błąd, podczas gdy mężczyzna zupełnie nie przejmując się swoimi błędami, zajmie się celem nadrzędnym, tj. porozumieniem się.

W Finlandii utwierdziłam się w przekonaniu, że to wszystko prawda, że Polacy mają przed sobą jeszcze lata nauki i zmian w oświacie, zanim wyjdziemy ze szkół z angielskim na niezawstydzającym poziomie. W Helsinkach i okolicy po angielsku mówi każdy - sprzątacze, kierowcy autobusów, hydraulicy, robotnicy, sklepikarze, każda osoba zaczepiona na ulicy, urzędnicy i biznesmeni. Problemy z porozumieniem się miewali tylko ludzie w wieku moich dziadków. Na dodatek Finowie mówią po angielsku praktycznie bez "swojego" akcentu - miło posłuchać. Wieść gminna niesie, że  - wiedząc, że ich język należy do ugrofińskiej, a więc najtrudniejszej grupy językowej - zdają sobie sprawę, że muszą uczyć się innych języków, żeby dogadać się ze światem. Faktem jest, że po szkole podstawowej mówią biegle trzeba językami (fiński, szwedzki plus jeden obcy), a w liceum dodaja jeszcze kolejne dwa.


Z tymi wszystkimi przemyśleniami przyjechałam do Lipska i zostałam mocno zaskoczona. Otóż angielski jest tu praktycznie nieznany. Nie ma mowy, żeby dogadać się na ulicy, w sklepie, ciężko bywa w aptece. Kurierzy, elektrycy, kierowcy komunikacji miejskiej milczą jak zaklęci, albo mówią po niemiecku i mają w nosie, że nic nie rozumiem. Jasne - jestem u nich, muszę się dostosować.
ALE jak dziecko ma 40st. i przerażona szukam lekarza, to fajnie byłoby mieć szansę znaleźć takiego, który zrozumie, co mówię; albo jak się zgubię na ulicy, to miło byłoby mieć świadomośc, że w razie czego ktoś pomoże mi się odnaleźć. Po prostu: zdarzają się w życiu sytuacje, kiedy człowiek potrzebuje pewności, że będzie sę mógł skupić na problemie, a nie na szukaniu jakiejkolwiek możliwości choćby podstawowego porozumienia się z otoczeniem. A brak tej pewności - jak w Lipsku - niezwykle zaburza poczucie bezpieczeństwa.

Co dziwi - to nie jest tak, że starzy nie mówią, a młodzi potrafią. Tu angielski "na ulicy" spotkać ciężko, niezależnie od wieku rozmówców. Poza tym lipszczanie posługują się nim niezwykle niechętnie i już kilka razy moi rozmówcy błysnęli angielskim w ostatnim wypowiadanym zdaniu, wcześniej twardo gadając po niemiecku mimo mojej zdezorientowanej miny.

Oczywiście, Lipsk to nie stolica i ciężko porównywać go do Warszawy czy Helsinek. Nie mniej dzięki temu wyjazdowi odkryłam, że język angielski Polaków jest na całkiem niezłym poziomie i pora do lamusa odłożyć przekonanie, że "nie umiemy, nie potrafimy i musimy się wstydzić". Językowo jesteśmy całkiem nieźli, pora w to uwierzyć i uczyć się jezyków z prawdziwą przyjemnością.

1 komentarz:

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...