czwartek, 11 października 2012

mieszkania pod wynajem

Szukamy mieszkania. W obecnym nie istnieje cisza nocna i to wykańcza ficzycznie i psychicznie.

Przyzwyczajeni jesteśmy do rynku warszawskiego. tj szukam ogłoszenia o wynajmie, idę oglądać, wynajmuję lub nie, podpisuję umowę. Oczywiście, każda dzielnica - zarówno w Warszawie, jak i tutaj - ma swoją specyfikę, ceny, standard wykończeń, itd., ale jednak tu spotkał nas spory szok kulturowy.
Najbardziej interesuje nas jedna dzielnica, a której mamy blisko do szkoły, parków, itd. 
Po dwóch miesiacach życia tutaj jesteśmy mądrzejsi o taką wiedzę:
1. większość tutejszej zabudowy to stare kamienice i wszystko to, co się z nimi wiąże: zagrzybiałe, ogromne piwnice, wysokie (często drewniane) schody, które dudnia i skrzypią gdy ktoś się po nich wspina, brak wind; ale także wysokie okna, 3,5m wysokości w mieszkaniach, zdobienia cieszące oko na fasadach, drzwiach, itd.
2. mieszkań jest mało, a chętnych dużo.
3. w związku z powyższym chętni znajdują się na wszystko: zdarte do połowy tapety, czy poplamione wykładziny są wcale nierzadkim widokiem.
4. jak pisałam wcześniej - w ogromnej większości zabudowy kuchni brak
5. agenci nieruchomości posługujący się wyłącznie niemieckim to norma, zdarzały nam się przypadki odkładania słuchawki na nasze próby porozumienia się po angielsku!

Niezrażeni przystąpiliśmy do ataku. Przeszukujemy ogłoszenia, TaTolek wysyła maile, umawiamy się na oglądania. Ściślej - próbujemy się umówić, udaje się w około 20% miejsc, reszta nie odbiera telefonów, nie odpisuje na maile, odkłada słuchawkę, ale już jest nieaktualna. W porównaniu z tempem obsługi warszawskiej w tym momencie po raz pierwszy  "zbieraliśmy szczęki z podłogi". Tydzień to średni czas oczekiwania na jakąkolwiek reakcję agentów po wysłaniu zapytania o konkretne ogłoszenie.
Przebrnęliśmy przez to, pokonaliśmy problemy językowe, jesteśmy super elastyczni co do godzin oglądania - zaczynamy zwiedzanie.
- mieszkanie pierwsze: jest ok, nieco przechodzone, tramwaj zasuwa pod samym nosem, ale lokalizacja bardzo nam pasuje. Niestety, jesteśmy jedną z wielu chętnych (i wspólnie oprowadzanych) par. Agentka "mimochodem" daje nam znać, żebyśmy sobie szukali czegoś innego. Dlaczego? Tego nie wie nikt: nie spodobaliśmy się? dzieci były za głośno? jesteśmy Polakami? wszystkie opcje możliwe, grunt, że mieszkanie odpada.
Mieszkanie drugie: w ogłoszeniu jest zdjęcie starej kamienicy i projeket mieszkania. Ryzykujemy, bo piekarnia naprawdę przycisnęła nas do muru. No i tu szczęka mi opadła i pozostała luźno chwiejąc się na wysokości podłogi... oto, co oglądaliśmy:







Mimo mojej nieskończonej wyobraźni, mam pewien problem z wyobrażeniem sobie jak będzie po wykończeniu. Nie znamy koloru ścian, podłogi, parapetów; kable nie są jeszcze położone, wody brak. Za miesiąc można się wprowadzać. :D Oczywiście pod warunkiem, że tym razem spodobamy się wynajmującemu i dopuści nas do konkursu...

aaa! no właśnie! nie napisałam o konkursie. Jak już obejrzy się mieszkanie, zachwyci nim, zdecyduje na nie, zaczyna się biurokracja: wypełnia się dokumenty u agenta, podając m.in. zarobki, liczbę osób w rodzinie, w ogóle dane wszelakie, sięgające niemal ocen na maturze. Dokumenty wszystkich potencjalnych najemców trafiają do właściciela i ten -wybiera szczęśliwca.

Kiedy szczęście się do nas uśmiechnie? Tego nie wie nikt. Jutro kolejna część oglądania. Zobaczymy co tym razem nas zadziwi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...