wtorek, 9 października 2012

Lipskie ZOO

Lipskie ZOO jest jednym z największych i najstarszych w Europie (powstało w 1878 roku), a internet aż się roi od niezwykle zachęcających opisów, takich jak np. ten:
"To zoo miał rocznik staro zoo z nowoczesnymi akcentami zwierzęcia siedliska. To nie było twoje średnie zwierząt w klatce spojrzeć na słabe rzecz być nieszczęśliwy zoo. Miał trochę część jego środowisku. Jest to dość duży i przestronny i nie mogliśmy pokryć wszystkie. To jest jeden, który chcesz iść wcześnie rano, aby zmaksymalizować czas. Zoo znajduje się w mieście i parking było łatwo dostępne w garażu po drugiej stronie ulicy". (z strony: http://pl.tripadvisor.com/Attraction_Review-g187400-d243683-Reviews-Leipzig_Zoo_Zoologischer_Garten_Leipzig-Leipzig_Saxony.html)
No, jak zoo jest łatwo dostępne w garażu - to trzeba je zwiedzić!


Ponieważ w zeszłą środę świeciło piękne słońce i było święto narodowe, a tym samym - dzień wolny do szkoły i pracy - ruszyliśmy na podbój ZOO. Wzmożone korki w okolicy, zero miejsc parkingowych, oraz pielgrzymki wzdłuż chodników nie wróżyły dobrze, ale przecież obiecaliśmy dzieciom... Okazało się, że na ten sam pomysł co my, wpadło chyba 90% lipszczan. Byliśmy twardzi i postanowiliśmy czekać w kolejce, no bo jak to ZOO jest takie wielkie (22ha), to na pewno tłum się rozproszy za bramą... Porządek w kolejce panował mniej więcej taki, jak na ogół w Lipsku, czyli kto pierwszy ten lepszy. "Zaledwie" godzinę później udało nam się przebić do kasy i kupić bilety.



Ja byłam zmarznięta, Olcia potwornie znudzona, Tolek zmęczony, a TaTolek... zaciskał zęby. Weszliśmy. I ugrzęźliśmy w kolejce do akwariów. A potem w kolejce do słoni, a potem w kolejce do jednej z największej atrakcji - pongolandu, czyli ogromnej krainy małp przeróżnych.

Niestety, z tymi przyjaznymi zwierzętom ZOO(ami) to jest tak, że one faktycznie są przyjazne zwierzętom, które mają ogromne wybiegi i dużo miejsca do chowania się. Jednocześnie są nie do końca przyjazne ludziom, którzy chodzą zbici wąskimi ścieżkami. Tak więc staliśmy w tłumie ludzi (tłum był taki, że nie dawało się zrobić zdjęć; mamy tylko kilka takich jak to, gdzie było na tyle daleko od wszelkich atrakcji, że można było na chwilę przestanąć i pooddychać w miarę czystym powietrzem; mina Tolka pokazuje jak było fajnie) i nie bardzo nawet mieliśmy możliwość wycofania się, bo ścieżki w ogromnej większości były jednokierunkowe.
W końcu doszliśmy do tego, na co najbardziej czekałam, czyli ogromnego "namiotu", ze zwierzętami z  Azjii i Afryki, w którym pływa się łodziami i ogląda skaczące nad głową małpy. Niestety, okazało się, że nie można wejść z wózkiem, a Olcia ten jedyny raz postanowiła uciąć sobie drzemkę.  Odpuściliśmy.
Tolek najbardziej czekał na knajpkę, w której siada się na tarasie, a wokół biegają zebry, ale tam w ogóle nie było szans się dopchnąć. Odpuściliśmy.
W końcu pusty śmiech nas ogarnął. Byliśmy na ogromnej przestrzeni, pośród setek zwierząt, których nie mogliśmy zobaczyć i pośród tysięcy rodzin, spędzających dzień wolny. Rodzin wściekłych, pokłóconych, umęczonych, spoconych, przepychających się i nerwowo szukających dzieci. Rodzin, które wysadzały dzieci w krzakach, bo do WC stały koszmarne kolejki, jedzących śniadania przyniesione z domów, bo to knajpek i bud nie było szans się dopchnąć.  Rodzin zdezorientowanych, bo bilety nie są tanie (40e bilet rodzinny) i głupio wycofać zaraz po wejściu, a nie wiadomo jak uciec od tłumu w środku...
W ten prosty sposób MaTolki poszły do ZOO i postanowiły odpuścic oglądanie zwierząt. Nie było sensu i nie bardzo była możliwość. Skupiliśmy się na budynkach, rzeźbach, posążkach i posągach:



A najfajniejszą atrakcję i tak Tolek wynalazł tuż przed wyjściem:

Tym samym wyprawę uznał za zaliczoną, a charakterystyczny smrodek wielbłąda towarzyszył nam aż do domu.

PS. Najpiękniejsze ZOO jakie widzieliśmy, to helsińskie, do którego płynęliśmy promem, bo mieści się na wyspie na Bałtyku. Tamtejszym wielbłądom garby leżą jak puste worki rzucone niedbale na plecy. Tłumaczono nam, że to dlatego, że nie magazynują wody, ponieważ dostają jej tyle, żeby nie czuły pragnienia. Czy to znaczy, że w większość ogrodów zoologicznych wielbłądy sa trzymane w stanie (nie)lekkiego spragnienia?!  



1 komentarz:

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...